Kategoria: Muzyczne piątki u lekarzy

Ci co grają i śpiewają… – fotoreportaż

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka

Ci co grają i śpiewają…

… na spotkanie zapraszają. W letni wieczór, 2 czerwca, klub „U Lekarzy” ma szansę stać się „muzyczną kawiarenką”. Muzykujący lekarze chcą spotkać się tego dnia w siedzibie LIL przy Chmielnej. Zaproszenie aktualne od godz. 17-18 do 22. Klawisze, wzmacniacz, mikser, mikrofony, tamburyn będą na miejscu. Pomysły i inne instrumenty trzeba przynieść ze sobą. Mogą też przydać się kartki ze słowami i akordami dla współuczestników. 

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka

Red Tramps „Ballada o czerwonych trampkach” – fotoreportaż z koncertu

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi:

Red Tramps „Ballada o czerwonych trampkach” – kolejny „Muzyczny piątek u lekarzy”

Komisja Kultury Okręgowej Izby Lekarskiej w Lublinie zaprasza na koncert „Ballada o czerwonych trampkach” zespołu Red Tramps w składzie: Paweł Krupa – śpiew, gitara, Kacper Chmiel – gitara basowa, Dariusz Chmiel – perkusja.  Występ odbędzie się 31 marca 2017 r. o godz. 18:00 w Klubie Lekarza, w siedzibie Lubelskiej Izby Lekarskiej, Lublin, ul. Chmielna 4.

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi:

„A jednak tylko blues?” – recital dr. Macieja Szajnera – fotoreportaż

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi:

„A jednak tylko blues?” – recital dr. Macieja Szajnera

Komisja Kultury Okręgowej Izby Lekarskiej w Lublinie zaprasza na drugi występ z cyklu „Muzyczne piątki u lekarzy”.  10 marca 2017 r. o godz. 18:00 w Klubie Lekarza, w siedzibie Lubelskiej Izby Lekarskiej, Lublin, ul. Chmielna 4. recital  „A jednak tylko blues?” zaprezentuje dr Maciej Szajner – wokal, gitara.  

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi:

Dopełnia mnie muzyka – z Agnieszką Zarębską, rezydentką pediatrii, byłą aktorką Teatru ITP, entuzjastką śpiewu gospel i piosenek z tekstem, rozmawia Anna Augustowska

  • Dlaczego nie estrada, teatr albo sala koncertowa tylko medycyna?

– Odpowiedź jest prosta i krótka – ponieważ od zawsze, od najwcześniejszego dzieciństwa chciałam leczyć ludzi (moi bliscy pamiętają, że zawsze bawiłam się w lekarza i biegałam z walizeczką pełną pudełek po lekach), i chociaż był ze mnie niezły łobuz i ocenę z zachowania miałam w szkole zwykle obniżoną (śmiech), to zawsze lubiłam się uczyć, zdobywać nową wiedzę, odkrywać ciekawe rzeczy, i w zasadzie przychodziło mi to łatwo, nie wkładałam w naukę większego wysiłku – no, może oprócz języków obcych (śmiech). A muzyka, śpiew, sztuka w ogóle – mimo że bardzo ważne, wręcz niezbędne w moim życiu – jednak miały pozostać pasją. Dopełnieniem. Chociaż… kiedy za pierwszym razem nie dostałam się na wymarzoną medycynę miałam plan B, w którym brałam pod uwagę dalszą edukację muzyczną.

  • I to na wysokim poziomie, bo na Uniwersytecie Muzycznym?

– Było to możliwe, ponieważ byłam w trakcie kończenia szkoły muzycznej II stopnia w klasie fletu poprzecznego. Do szkoły muzycznej zaczęłam chodzić już w podstawówce – początkowo w Skarżysku-Kamiennej, i w dodatku w pierwszej klasie grałam na skrzypcach, a potem w Kielcach, gdzie równocześnie uczęszczałam także do VI Liceum Ogólnokształcącego im. J. Słowackiego. Nie ukrywam, że to była niezła szkoła życia. Po lekcjach w liceum biegłam do szkoły muzycznej, a wieczorem po powrocie nie tylko czekało mnie odrabianie „normalnych” lekcji – dodam, że uczyłam się w klasie o profilu biologiczno-chemiczno-fizycznym – ale też ćwiczenie gry na instrumencie. Najtrudniejsza logistycznie była jednak pierwsza klasa szkoły muzycznej II stopnia w Kielcach, ponieważ przypadała na 3 klasę gimnazjum w Skarżysku-Kamiennej – wiązało się to z dojazdami, czasami wręcz w szalonym tempie. Owszem,
bywałam chronicznie niewyspana, ale – co tu kryć – zawsze lubiłam się uczyć, a muzykę kochałam! I co ważne, nikt mnie do tego nie gonił, nie pilnował i nie sprawdzał, bo w trakcie nauki w liceum mieszkałam w internacie w Kielcach i sama musiałam sobie ze wszystkim radzić. Bardzo mi się ta samodyscyplina i zahartowanie przydały, szczególnie kiedy już studiując medycynę trafiłam na KUL do Teatru ITP, gdzie próby goniły próby, a w tzw. międzyczasie trzeba było znaleźć wolną chwilę na szycie kostiumów i samodzielne wykonywanie scenografii. Pogodzenie więc tych czasochłonnych zajęć z równie absorbującymi studiami wymagało pewnej wprawy.

  • Medycyna i teatr to zaborcze dziedziny, ale w Pani przypadku najwyraźniej wzajemnie się uzupełniały i dawały energię.

– To prawda, bo siedzieć w książkach i wyłącznie uczyć się do zajęć zupełnie bym nie umiała! Było to możliwe (a raczej konieczne) tylko na pierwszym roku studiów lekarskich, kiedy naprawdę tkwiłam z nosem w podręcznikach i nawet nie bardzo wiedziałam, jak wygląda Lublin, ale i wtedy przynajmniej raz w tygodniu biegłam na zajęcia ze śpiewu do domu kultury przy ul. Bernardyńskiej. Wtedy Stare Miasto i okolice to był dla mnie inny świat, magiczna kraina. A śpiew był mi równie bliski, jak gra na flecie. Stąd, kiedy
na początku II roku natrafiłam na ogłoszenie o castingu do studenckiego teatru ITP, w którym wykorzystywane są wszelkie aktywności sceniczne związane z muzyką, natychmiast się zgłosiłam i działałam tam do końca studiów, czyli przez pięć lat. Najmocniej przeżyłam rolę Archanioła Gabriela, którą zagrałam w spektaklu pt. „Nowy raj utracony”. To – uważam – była moja życiowa rola, chociaż grałam w jeszcze wielu innych spektaklach: m.in. w Prorocku, Weselu Dawida, Odysei, Don Kichocie, Morii, Spełnionym śnie. W teatrze też poznałam wielu wspaniałych ludzi na czele z założycielem i szefem teatru ks. Mariuszem Lachem, z którymi do dziś łączy mnie prawdziwa przyjaźń. To także tu, dzięki koleżance z teatru, trafiłam na przesłuchania do zespołu Gospel Rain, który był moim niewypowiedzianym marzeniem w takim samym stopniu jak Teatr ITP. Planując studia, wybierając miasto, kierowałam się także (a może nawet przede wszystkim) istnieniem tych dwóch grup, licząc po cichu, albo bardziej marząc o tym, że może tak udałoby się… I się udało. Marzenia naprawdę się spełniają!

  • Czyli kolejna pasja?

– Śpiew zawsze był w moim życiu. Mam dość umuzykalnioną rodzinę; mama śpiewała w chórze (a potem skończyła studia chemiczne), babcia grywała na akordeonie, a bracia mojej mamy są muzykami. Obydwaj zawodowo grają na organach, a jeden z nich – mój ojciec chrzestny – ma także wyższe wykształcenie z fortepianu. Czasami myślę, że moje zainteresowania to pewnie sprawa genów. W liceum śpiewałam w chórze Politechniki Świętokrzyskiej, wcześniej, bo w wieku 14 lat, wygrałam konkurs piosenki śpiewając piosenkę Agnieszki Osieckiej pt. „Okularnicy” – a był to mój pierwszy publiczny wokalny występ solowy. Co do muzyki gospel – fascynowała mnie od dawna. Kiedy więc pojawiły się przesłuchania do znanego lubelskiego chóru Gospel Rain, postanowiłam zawalczyć. Udało się. Od niespełna 3 lat jestem również chórzystką w zespole Heaven up, który także wykonuje muzykę gospel. Od czasu do czasu zdarza mi się dośpiewywać chórki w lubelskim seminaryjnym zespole Good God, który gra chrześcijańską muzykę w stylu reggae. Ale to już zupełnie inna historia.

  • Sporo tego: teatr, chór, studia…

– Do niedawna 80 proc. mojego czasu wypełniały zajęcia muzyczno-teatralne, a resztę studia. I mimo takich proporcji całe studia przeszłam bez żadnej poprawki czy przerw, i ukończyłam je z wynikiem bardzo dobrym. Do dzisiaj nie wiem, jak to możliwe, ale na pewno przydał się warsztat organizacji czasu z lat gimnazjum – liceum oraz zamiłowanie do poznawania nowych rzeczy. Może trudno w to uwierzyć, ale ja naprawdę zawsze lubiłam się uczyć, przychodziło mi to łatwo, a wolny czas wolałam spędzać aktywnie.

Od dwóch lat jednak 80 proc. czasu poświęcam medycynie. I również nie mogę się tym nacieszyć! Jestem na rezydenturze z pediatrii na Oddziale Chorób Zakaźnych Dziecięcych w Szpitalu im. Jana Bożego. Nie od zawsze pediatria była moim marzeniem – wcześniej myślałam o audiologii i foniatrii, o endokrynologii a także o psychiatrii. Jednak w czasie stażu, kiedy mogłam skonfrontować się z praktyczną medycyną, wejść w interakcje z pacjentami zrozumiałam, że najlepiej będę się spełniać lecząc dzieci. Każdy dzień pracy w szpitalu utwierdza mnie w tym. Dziecko to bardzo wdzięczny i „kochany” pacjent, chociaż bywają też (jak wszędzie) trudniejsze przypadki.

  • Śpiewanie dzieciom to też może być pomysł?

– Śpiewanie małym pacjentom Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie (jeszcze jako studentka) już nawet mam za sobą! Dwa razy z okazji Dnia Dziecka brałam udział w koncercie dla dzieci i nawet połączyłam to trochę z rolą teatralną – śpiewałam w kostiumie wróżki!

  • A ostatnio mogły Panią usłyszeć także „większe dzieci”?

– To prawda, wspólnie z Cezarym Jurko, kardiochirurgiem z SPSK4 przy ul. Jaczewskiego, przygotowaliśmy recital piosenek i ballad pt. „W krainie łagodności”. Nasz występ zainaugurował cykl „Muzycznych piątków u lekarzy”, które będą odbywać się w siedzibie Lubelskiej Izby Lekarskiej w Klubie Lekarza przy ul. Chmielnej. Już dziś wiemy, że to nasz nie ostatni koncert. Kolejny nasz występ planujemy jesienią tego roku, na który już dziś serdecznie zapraszamy. Szczegóły niebawem.

Tekst pochodzi z nr 04/2017 miesięcznika „Medicus”

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi:

„W krainie łagodności…” recital Cezarego Jurko i Agnieszki Zarębskiej – fotoreportaż

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi: ,

„W krainie łagodności…” recital Cezarego Jurko – inauguracja cyklu „Muzyczne piątki u lekarzy”

Komisja Kultury Okręgowej Izby Lekarskiej w Lublinie zaprasza na inaugurujący cyklu „Muzyczne piątki u lekarzy” występ dr Cezarego Jurko – wokal, gitara. Recital „W krainie łagodności…” odbędzie się 3 lutego 2017 r. o godz. 18:00 w Klubie Lekarza, w siedzibie Lubelskiej Izby Lekarskiej, Lublin, ul. Chmielna 4.

Gościem specjalnym recitalu będzie Agnieszka Zarębska – wokal, flet poprzeczny.

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi: ,

Nie operuję bez muzyki – z Cezarym Jurko, lubelskim kardiochirurgiem i lekarzem muzykującym, rozmawia Anna Augustowska

  • Czyli żadnego śpiewania przy goleniu, czy pod prysznicem?

– Śpiewanie przy goleniu kojarzy mi się bardziej z radosną beztroską, a nie mobilizacją przed trudnymi zadaniami. Rano skupiam się na tym, co czeka mnie w pracy, jakie operacje będę wykonywał, jakie niosą ze sobą trudności, następstwa dla pacjentów itd. Takie nucenie samemu sobie zdarza mi się oczywiście w chwilach relaksu np. w czasie spacerów po lesie, czy po górach.

  • Nie będzie chyba jednak przesadą, jak powiem, że idzie Pan przez życie ze śpiewem na ustach?

– Hm… dużo w tym prawdy, może jednak bardziej z gitarą i śpiewem? Bo jednak gitara była i jest pierwsza. Zacząłem już w szkole podstawowej. Podpatrywałem starszych kolegów, grających na gitarach i tak mnie to fascynowało, że postanowiłem kupić sobie instrument. O ile dobrze pamiętam, przeznaczyłem na to własne, uzbierane z kieszonkowego fundusze. Rodziców nie angażowałem w to przedsięwzięcie. Zresztą od razu dodam, że nie pochodzę z muzykalnej rodziny. Nikt w domu nie grał, ani nie śpiewał. Ta moja muzyczna, trwająca do dziś, pasja najwyraźniej powstała z potrzeby serca.

Wracając do gitary, radość z posiadania własnego instrumentu była wielka. Chwytów uczyłem się sam, bo nuty poznałem dopiero wiele lat później, kiedy moje córki Kasia i Małgosia zaczęły chodzić do szkoły muzycznej. Większość fraz i tematów muzycznych odtwarzam ze słuchu, ale podstawowa znajomość nut i harmonii bardzo się przydaje.

  • Dobrze to „samouctwo” Panu szło, bo wkrótce został Pan gitarzystą w zespole.

– W liceum – w Międzyrzecu Podlaskim, skąd pochodzę – założyliśmy z kolegami zespół muzyczny (dwie gitary, perkusja, klawisze). Dyrekcja bardzo popierała naszą pasję, dostaliśmy nawet małe pomieszczenie na swoją działalność, kupiono nam instrumenty. Mieliśmy więc miejsce na próby i ćwiczenia. Ten pokój okleiliśmy od podłogi po sufit plakatami filmowymi, które dostaliśmy od
kierownika lokalnego klubu kultury. W zamian naszymi występami urozmaicaliśmy wszystkie szkolne uroczystości i ważne wydarzenia. Oczywiście były także zabawy szkolne, w czasie których każdy z nas nie tylko grał, ale też śpiewał. Zwykle to były aranżacje modnych wtedy przebojów, np. Budki Suflera, Czerwonych Gitar, ale również zasłyszane popularne tematy bluesowe. Było też kilka własnych kompozycji. Zabawne wydaje mi się dzisiaj, że zespół działał bez nazwy. Dopiero na studniówce przedstawiliśmy się jako… Mały Deszcz.

  • Nie ciągnęło Pana do szkoły muzycznej? Skąd pomysł na studia medyczne?

– Nie miałem takich rozterek. Po pierwsze mama, która pracowała w szpitalu i zakładała od podstaw szpitalne laboratorium, zachęcała mnie do studiów lekarskich, a po drugie siostra cioteczna, która kilka lat wcześniej rozpoczęła studia opowiadała, jak to fajnie być studentem medycyny. Maturę zdałem w klasie biologiczno-chemicznej. Nie było więc przeszkód.

  • I tak medycyna wyparła muzykę?

– Ale tylko na chwilę! Na pierwszym roku znalazłem się w akademickiej reprezentacji lekkoatletycznej naszej uczelni – uprawiałem biegi na 100 i 200 metrów. Trzeba się też było dużo uczyć i wtedy rzeczywiście gitara zeszła na drugi, a nawet trzeci plan. Jednak już w wakacje po I roku, kiedy prowadziłem obóz dla młodzieży w Bieszczadach (i często grałem, i śpiewałem przy ognisku) spotkałem kolegów, też studentów lubelskiej AM, którzy namówili mnie na śpiewanie w chórze akademickim. To zmieniło moje życie – widzę to szczególnie teraz, z perspektywy minionych lat. Poznałem tam wspaniałych ludzi, z wieloma połączyła mnie szczera przyjaźń. A co najważniejsze, jedną z chórzystek była moja żona Jadwiga (lekarz anestezjolog). Do dziś wspólne śpiewanie i muzykowanie wciąż daje nam ogromną radość, scala i pogłębia nasze małżeństwo i naszą rodzinę. 

  • Wybrał pan chirurgię – to chyba zaborcza specjalizacja?

– Po studiach trafiłem do Kliniki Chirurgii Klatki Piersiowej i Serca w PSK 4. Były to trudne i biedne lata osiemdziesiąte. Stopniowo rozszerzałem swoje umiejętności w zakresie chirurgii ogólnej i torakochirurgii. Ja i dwóch kolegów: Janusz Jendrej i Andrzej Jabłonka wykonywaliśmy pierwsze w Polsce operacje wideotorakoskopii. Jesteśmy nawet autorami pierwszego polskiego atlasu takich zabiegów. Kiedy w 1998 roku z naszej kliniki wydzieliła się kardiochirurgia, trafiłem
do jej zespołu. To był pionierski okres, kiedy wiele operacji kardiochirurgicznych trzeba było wykonać po raz pierwszy w Lublinie. Szczególnie pamiętam pierwsze operacje tętniaków aorty w głębokiej hipotermii i pierwsze plastyki zastawek mitralnych. Dzisiaj jestem jednym z najstarszych stażem lubelskich kardiochirurgów – młodzież zrobiła specjalizacje i mamy bardzo dobry zespół.

  • Poza specjalizacją coś jeszcze was łączy…

– Oczywiście muzyka! Wszyscy na sali operacyjnej słuchamy muzyki. Zwykle dość spokojnej, ułatwiającej koncentrację, ale też – co najważniejsze – łagodzącej napięcie i stres. To może być muzyka klasyczna albo filmowa prezentowana w radiu. Ostatnio słuchamy radiostacji, która jest sprofilowana na tego typu utwory.

  • Czyli muzyka w pracy, ale też po pracy. I to dość intensywna?

– Jakiś czas temu z moją żoną i grupą dawnych chórzystów utworzyliśmy lekarski chór Continuum – cały czas działa w ramach LIL. Działamy też w duszpasterstwie służby zdrowia i jako schola dbaliśmy wielokrotnie o oprawę muzyczną różnych spotkań. Dużym przeżyciem było przygotowanie Drogi Krzyżowej na Wałach Jasnogórskich podczas Ogólnopolskiej Pielgrzymki Służby Zdrowia. Od lat uczestniczymy także w Ruchu Focolari, gdzie z przyjaciółmi z różnych stron Polski tworzymy grupę muzyczną o zmieniającym się ciągle składzie.

Jednak okazji do muzykowania jest więcej – są spotkania towarzyskie w naszym leśnym domu, gdzie wspólnie śpiewamy i gramy. Zdarzają się także spotkania formacyjne, kiedy w męskim gronie śpiewamy kolędy. I wreszcie rodzinne spotkania z córkami, zięciami a także już wnukami, kiedy razem gramy i śpiewamy. Moje starsze wnuczki uwielbiają piosenkę o dzięciole, który leczy chore drzewa i wystukują razem ze mną rytm, podskakując przy tym radośnie.

  • W lutym zainicjuje Pan „Muzyczne piątki u lekarzy”, które mają odbywać się cyklicznie w Klubie u Lekarzy.

– Przygotowaliśmy recital – 12 piosenek i ballad, które wybraliśmy wspólnie z młodą i bardzo uzdolnioną muzycznie lekarką Agnieszką Zarębską, która była związana ze studenckim teatrem muzycznym ITP. Obecnie śpiewa w Lublinie muzykę gospel. Agnieszka pracuje na Oddziale Chorób Zakaźnych Dziecięcych i rozpoczęła specjalizację z pediatrii.

Ponieważ dla mnie zawsze bardzo ważny jest tekst, przy wyborze repertuaru zwracaliśmy na to uwagę. Wybraliśmy więc piosenki m.in. Tadeusza Woźniaka i Andrzeja Poniedzielskiego, Wojciecha Jarocińskiego i Wacława Juszczyszyna, Seweryna Krajewskiego, Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory, Bułata Okudżawy, Magdaleny Czapińskiej i Janusza Strobla, Edwarda Stachury i Krzysztofa Myszkowskiego. Podczas naszego występu pokażę trochę własnych zdjęć, ponieważ moim hobby jest również fotografia krajobrazu. Nigdy nie występowałem na scenie jako solista, więc mam wielką tremę – ale też wiem, że nic tak jak muzyka (szczególnie wykonywana na żywo) nie łączy ludzi.

Tekst pochodzi z nr 01/2017 miesięcznika „Medicus”

Inne kategorie: Muzyczne piątki u lekarzy, muzyka Tagi: