Katarzyna Warda – „Oskar i Pracownia Mikstur”

Podobno wszystkie dobre historie dzieją się dawno, dawno temu, najlepiej za siedmioma górami

i siedmioma lasami. Nie wiadomo jednak, gdzie dzieje się nasza historia. Dość powiedzieć,

że były to czasy, gdy magia rozlewała się po świecie, niczym mgła w jesienne poranki, a kraina, do której

zmierzamy, pełna była samotnych górskich wiosek, opuszczonych zamków i magicznych wież.

I właśnie z jednej z takich wież, w pewien mroźny, styczniowy poranek rozległo się potężne kichnięcie.

– Aaaapsik! Głupie książki! – powiedział Oskar, Dziewiąty Uczeń Czarnoksiężnika i wytarł nos

rękawem. Kurz unoszący się ze ścieranych półek od samego rana drażnił jego piegowaty nos

i co chwilę powodował nowe salwy kichnięć. – Głupi kurz! Głupie sprzątanie! To nie są żadne czary!

Zgodnie z prastarą tradycją, gdy w okolicznych wioskach rodził się komuś siódmy syn, w jego

siódme urodziny rodzice odprowadzali go do jednej z magicznych wież i oddawali na naukę jednemu

z Czarnoksiężników – strażników potężnej wiedzy, którzy czuwali nad mieszkańcami Krainy, służąc

mądrością i dobrą radą, a przede wszystkim swoimi czarami. Jednak od czasu, gdy mama i tata

odprowadzili Oskara do Wieży minęło już ponad siedem miesięcy, a chłopiec nadal nie poznał

ani jednego, najmniejszego zaklęcia.

– Cierpliwości – odpowiadał jego Mistrz, poprawiając swoje wielkie okulary.

i przyjdzie na to odpowiedni czas.

– Podrośniesz

Tymczasem tygodnie mijały, a Oskar wciąż spędzał dzień za dniem na obserwowaniu pogody,

czytaniu nudnych, starych ksiąg o zwyczajach i życiu zwierząt oraz opiece nad Gamoniem – sędziwym,

gadającym krukiem, który podobno mieszkał w Wieży nawet przed Czarnoksiężnikami. Co miesiąc

zaś zadaniem ucznia było sprzątanie biblioteki.

– To niesprawiedliwe – mruczał pod nosem chłopiec, ostrożnie odkładając na miejsce kolejne

książki. – Mistrz znów udał się na wyprawę beze mnie! Inni uczniowie na pewno już wywołują burze!

Albo zmieniają wzory na motylich skrzydłach! Albo chociaż mieszają herbatę czarami! A ja?! Tylko

sprzątanie i czytanie!

– Kra! Kra! Każda nauka wartość ma! Ajajaj! – zakrakał siedzący na najdalszym regale Gamoń,

po czym zachwiał się i spadł za najdalszą z półek.

– Ostrożnie, kolego! – powiedział Oskar i ruszył ptakowi z pomocą. – Nic ci nie jest? Strasznie

tu ciasno, ale jakoś cię wyciągnę.

Chłopiec delikatnie wyjął kruka z wąskiej szpary i nagle jego wzrok przykuł błysk. W kłębach kurzu

leżało coś małego i błyszczącego. Coś co wyglądało jak…

– Klucz! – szepnął z przejęciem Oskar, oglądając znalezisko. – I to nie byle jaki klucz! To klucz

do Pracowni Mikstur!

Chłopiec oniemiał z wrażenia. Pracownia Mikstur była miejscem, gdzie Mistrz opracowywał swoje

tajemne receptury i zamykał magię w butelkach, tworząc eliksiry o wielkiej mocy. Oskarowi

nie wolno było tam wchodzić, gdyż według Mistrza nie był jeszcze na to gotów. Teraz jednak nadarzyła

się okazja, by móc chociaż zobaczyć to słynne miejsce. Chłopiec bez wahania popędził

na szczyt Wieży.- Kra! Kra! Nie dla ucznia Pracownia! – zakrakał Gamoń siadając Oskarowi na ramieniu, gdy ten

przekręcał klucz w zamku.

– Tylko spojrzę! – szepnął chłopiec. – Dwie minutki i znów będę ścierał kurze w bibliotece, słowo!

– po czym wstrzymał oddech i wszedł do środka.

Pracownia wyglądała wspaniale. Większa niż jakikolwiek inny pokój w Wieży, wypełniona

wysokimi regałami z ciemnego drewna, jednak tak delikatnymi, że Oskar nie mógł uwierzyć,

że rzeźbione na kształt bluszczu półki są w stanie udźwignąć ciężar ksiąg, zwojów i dziwnych sprzętów,

których przeznaczenia nie mógł nawet zgadnąć. Światło wpadało do środka przez witraże

przedstawiające magiczne stworzenia, a jej sklepienie niknęło hen wysoko w mroku. Pośrodku

zaś stał stół uginający się od różnego rodzaju fiolek, miedzianych mis i szklanych kolb o dziwnych

kształtach oraz pięknie rzeźbiona skrzyneczka. Oskar ostrożnie podszedł do niej i uchylił wieko.

W środku – o wiele większym, niż można by się było spodziewać – stały poukładane eliksiry, każdy

w fiolce innego kształtu, każdy mieniący się innym kolorem, ale wszystkie starannie opisane

zamaszystym pismem Mistrza. Chłopiec wziął do ręki błękitnie połyskujący napój.

– „Gdy małe wróbelki zechcą mieć wzrost wielki” – przeczytał cicho. – Czy to znaczy, że po tym

dorosnę?

– Kra! Kra! Koniec czasu! Koniec! Uczeń wraca, tam gdzie praca! – zakrzyknął Gamoń, bijąc

z wysiłkiem skrzydłami, ale Oskar już go nie słuchał. Jeden łyk czaru i mógłby w końcu być duży. Mógłby

się uczyć prawdziwej magii i nie musiałby już nigdy sprzątać biblioteki! Mistrz zabierałby

go na swoje wyprawy! A to tylko jeden łyk!

– Kra! Kra! Nie wolno! – pisnął kruk, gdy chłopiec wyjął z fiolki korek. – Kłopot! Kłopot! Będzie

kłopot!

– Ciiichoo, Gamoniu! Wszystko będzie dobrze! Wezmę tylko łyk, nic więcej. Nie wypiję

wszystkiego. Ja po prostu chcę być duży! – i Oskar upił łyk eliksiru. Przez chwilę czuł na języku dziwny,

słodko-słony smak magii i miał wrażenie jakby zakręciło mu się w głowie. Nagle Oskar zauważył,

że podłoga jest jakby o wiele dalej niż zazwyczaj… a z nogawek jego granatowych spodni wystają długie,

zakończone ostrymi pazurami strusie nogi! Chłopiec w panice próbował odskoczyć, ale zupełnie

nie umiał poruszać się na tych zwierzęcych szczudłach, więc runął jak długi.

– Och, nie! Nie! Co się stało?! Gdzie są moje nogi?!

– Kra! Kra! Gdy małe wróbelki zechcą mieć wzrost wielki! – zakrakał Gamoń.

– Ale to nie tak! Ja chciałem być dużym sobą! – krzyknął Oskar. – Muszę to jakoś naprawić.

Podczołgał się do skrzyneczki i zaczął gorączkowo przekładać buteleczki. Chwycił długą,

złotobrązową fiolkę, na której złote litery układały się w napis „Kiedy niedomaga Twoja równowaga”.

– Kra! Kra! Znów we fiolkach psoty – większe to kłopoty! – zakrakał Gamoń, szarpiąc chłopca

za rękaw, ale Oskar otrącił go dłonią.

– Gamoniu, przecież ja nawet nie mogę teraz chodzić! Muszę to jakoś odwrócić. Mistrz nie może

się dowiedzieć! – i szybko wypił łyk eliksiru. Znów poczuł znajome zawroty głowy, więc zacisnął mocno

powieki i wstrzymał oddech. Jednak gdy otworzył oczy, nadal widział strusie nogi zamiast swych

drobnych stóp. Oskar spróbował wstać – i o dziwo udało mu się, ale natychmiast ulga przerodziła się

w przerażenie, bowiem chłopiec odkrył, że ma ogon! Długi, puszysty, koci ogon.

– Nie! – szepnął przerażony. – Co ja narobiłem? Co ja narobiłem!Ze złością z całej siły kopnął skrzynkę, która przewróciła się, a różnokształtne buteleczki, dzwoniąc

cicho, potoczyły się w różne kąty Pracowni. Jedna z nich zatrzymała się u jego pazurzastych stóp. Była

pękata i zielona, ale chłopca bardziej zaintrygowała wypisana srebrnym atramentem etykietka: „Kiedy

chodzą słuchy, żeś na prośby głuchy”. Oskar przygryzł wargę. Mistrz prosił mnie, bym tu nie wchodził,

pomyślał. A ja nie posłuchałem. Czyżby ta buteleczka miała mnie uratować, zanim czarodziej wróci?

Niepewnie sięgnął po eliksir, po czym spojrzał na swoje strusie nogi i koci ogon. Musi się udać! Muszę

wrócić do swojego kształtu! Chłopiec odkorkował fiolkę, zacisnął powieki i wziął potężny łyk. W ułamku

sekundy poczuł, że jego głowa staje się ciężka, a coś delikatnie muska go po policzkach.

– Kra! Kra! Uczeń uszy słonia ma!

Oskar z przerażeniem spojrzał na swoje odbicie w jednej z miedzianych mis. Gamoń miał rację.

Mikstura nie odczarowała chłopca, a jedynie doprawiła mu wielkie, słoniowe wachlarze. Oskar jeszcze

raz obejrzał swoje odbicie i poczuł, że gardło mu się zaciska, a oczy pieką od łez. Usiadł w kącie Pracowni

pod jednym z witraży i gorzko zapłakał, a sędziwy Gamoń przytulił się pocieszająco do jego boku.

Nie wiadomo ile łez zdążył Oskar wylać na kamienną posadzkę Pracowni, ale dość, by doczekać

szybkich kroków na schodach. Drzwi otworzyły się i stanął w nich opatulony grubym płaszczem,

zasypany śniegiem po czubek głowy Mistrz.

– Oskarze! Tyle razy mówiłem! Pracownia to nie miejsce dla… Na brodę Merlina, chłopcze! Co się

stało?

Oskar podniósł wzrok, po czym drżącym głosem opowiedział Mistrzowi o kluczu znalezionym

w bibliotece, o eliksirach, a także o tym jak poczciwy, stary Gamoń próbował go ostrzec.

– Tak się kończy nieprzestrzeganie reguł, chłopcze! Dorosnąć to nie to samo, co urosnąć! I choćbyś

miał i wzrost żyrafy, do pewnych rzeczy potrzebny jest po prostu czas, by prócz nóg i rozum mógł

dojrzeć. Nie płacz już, chodź no tutaj – głos czarodzieja złagodniał. – Gdybyś był cierpliwszy, Oskarze,

nauczyłbym cię, że łyk to czasem o wiele za dużo na małego chłopca, a także że nie wszystkie eliksiry

powinny lądować w ludzkich żołądkach! Wiedziałem, że Pracownia będzie cię kusić zbyt mocno,

dlatego nie miałeś tam wstępu, dopóki nie pojmiesz jak niebezpieczne są magiczne wywary. Żałuję,

że znalazłeś ten zagubiony klucz. Sądziłem, że upuściłem go podczas lotu daleko w górach, a tu proszę,

jednak był w bibliotece…

– Gniewasz się, Mistrzu? – zapytał smutno Oskar.

– Gniewać? Nie! Jestem szczęśliwy, że skończyło się na ptasich nóżkach i kocim ogonie, bo niektóre

z tych wywarów są naprawdę niebezpieczne i trzeba dokładnie wiedzieć, jak ich użyć. Skoro jednak nic

poważniejszego się nie stało – zaraz cię odczaruję. Ale obiecaj mi, chłopcze, że już nigdy nie złamiesz

żadnej z naszych reguł.

– Obiecuję! – powiedział Oskar, po czym jeden ruch nadgarstka Mistrza sprawił, że chłopiec znów

był sobą. – Dziękuję, Mistrzu! I przepraszam…

– To nic, Oskarze, nauczkę już dostałeś. Teraz chodźmy na kolację, przywiozłem z wyprawy

nie tylko nowe zaklęcia, ale też całkiem niezłą pieczeń!

Tak zakończyła się pierwsza przygoda Oskara w Pracowni Mikstur. Chłopiec okazał się bardziej

cierpliwy, niż sam sądził i pewnego dnia wszedł do Pracowni już jako gotowy uczeń, a Mistrz nauczył

go wszystkiego, co sam umiał. Wiele lat potem, gdy Oskar sam został Mistrzem klucz do Pracowni nosił

zawsze przy sobie, zawieszony na srebrnym łańcuszku, a swoim uczniom opowiadał tę historię,

by w porę nauczyć ich, że najlepszym eliksirem, który pozwala dzieciom dorosnąć, jest czas.